Pisałem już o miejscami podejrzanym, miejscami ewidentnie błędnym a miejscami śmiesznym tłumaczeniu kategorii robót wg CPV. Ostatnio trafiłem na tłumaczenie "wznoszenie barier drogowych". W zasadzie można by przejść obok tego obojętnie, bo przecież wiadomo o co chodzi.
Wpiszmy jednak w wyszukiwarkę słowo "wznoszenie". Okaże się że oprócz toastów występuje ono przede wszystkim w kontekstach dotyczących wznoszenia budowli i budynków. Wyobraźmy sobie wznoszenie półmetrowej stalowej bariery. Coś chyba "na ucho" nie gra.
Dlaczego tłumacz nie użył o wiele adekwatniejszego słowa "montaż"?
Tłumaczenia techniczne - blog
wtorek, 9 listopada 2010
poniedziałek, 8 listopada 2010
Jak znaleźć dobrego tłumacza?
Już samo postawienie takiego pytanie i wpisanie go w wyszukiwarkę (bo zakładam że w ten sposób drogi czytelniku trafiłeś na mojego bloga) wyróżnia Ciebie na tle setek firm, które w pierwszej kolejności zadają sobie pytanie: jak przetłumaczyć najtaniej i pozbyć się kłopotu ("U nas nikt nie ma czasu zajmować się tłumaczeniami" - cytat z życia). Dlatego z przyjemnością na nie odpowiem, narażając się na krytykę braci po fachu za zdradzenie tajemnicy zawodowej.
Po pierwsze istnieje zasadnicza różnica między "wklepaniem" tekstu a nieodłączną dla dobrej jakości wnikliwą analizą. Można to porównać do różnicy między lekarzem internistą przyjmujących pacjentów z przeziębieniem i wypisującym wszystkim to samo lekarstwo a operacją na otwartym sercu, gdzie rutyna nie pomoże bo żaden chirurg nie wie do końca co zobaczy po rozcięciu tkanki skalpelem. Jest to więc przepaść pod względem wysiłku i stresu a cena.... w przypadku tłumaczeń dokładnie taka sama.
Gdy zaczynałem karierę tłumacza (prawie 20 lat temu) właścicielka jednego z nielicznych wówczas biur tłumaczeń poprosiła mnie o wykonanie tłumaczenia próbnego na miejscu (ok. 1 strona). Analogiczny egzamin przechodziła inna kandydatka, którą jak najserdeczniej pozdrawiam. Gdy po istnych męczarniach (w tych czasach nie było internetu a słowniki zdecydowanie pozostawały w tyle za technologią) byłem mniej więcej w 1/4 tekstu z przeciwka usłyszałem: "No, zrobiłam. Macie coś jeszcze?". O kurcze, chyba nie mam szans - pomyślałem. Na szczęście w owych czasach drapieżnej prywatyzacji (czyli wykupu polskich firm za bezcen przez zagraniczne koncerny) zapotrzebowanie na tłumaczy było tak duże, że pracę dostaliśmy oboje. A może.... właścicielka kierowana doświadczeniem wiedziała że przyda jej się tłumacz do wklepywania i drugi tłumacz do tłumaczenia?
Po tym, być może przydługim wstępie przejdę do meritum. Jeśli tłumaczenie jest ważne, np. jest to wizytówka firmy - strona internetowa to "wklepanie" tekstu po angielsku jest przede wszystkim nieetyczne i naraża naszego klienta - chlebodawcę również na straty z tytułu utraconych przychodów. Nieodłącznym elementem tłumaczenia wnikliwego jest CZAS. Nawet tłumacz o stosunkowo słabym doświadczeniu, korzystając z internetu i dobrych słowników jeśli poświęci wystarczająco dużo czasu to przetłumaczy tekst lepiej od rutyniarza, który wklepie tekst po angielsku.
Wskazówka praktyczna: Spytajmy tłumacza 1. Kiedy może zabrać się za tłumaczenie i 2. Ile czasu mu to zajmie bo sprawa jest bardzo pilna. Generalnie im dłuższy czas (2.!) tym jakość tłumaczenia będzie potencjalnie lepsza. Możemy również spytać o doświadczenie w danej dziedzinie specjalistycznej, choć zaręczam że jeśli otrzymałby pytanie czy mam doświadczenie w tłumaczeniu dokumentacji technicznej lokomotywy lub dojarki musiałbym chyba skłamać. Chodzi o to, że tłumaczenia techniczne to ogromny wszechświat i szansa na to że trafiliśmy na tłumacza, który ma doświadczenie w tłumaczeni dokumentacji dojarek lub lokomotyw jest praktycznie zerowa.
To be continued...
Po pierwsze istnieje zasadnicza różnica między "wklepaniem" tekstu a nieodłączną dla dobrej jakości wnikliwą analizą. Można to porównać do różnicy między lekarzem internistą przyjmujących pacjentów z przeziębieniem i wypisującym wszystkim to samo lekarstwo a operacją na otwartym sercu, gdzie rutyna nie pomoże bo żaden chirurg nie wie do końca co zobaczy po rozcięciu tkanki skalpelem. Jest to więc przepaść pod względem wysiłku i stresu a cena.... w przypadku tłumaczeń dokładnie taka sama.
Gdy zaczynałem karierę tłumacza (prawie 20 lat temu) właścicielka jednego z nielicznych wówczas biur tłumaczeń poprosiła mnie o wykonanie tłumaczenia próbnego na miejscu (ok. 1 strona). Analogiczny egzamin przechodziła inna kandydatka, którą jak najserdeczniej pozdrawiam. Gdy po istnych męczarniach (w tych czasach nie było internetu a słowniki zdecydowanie pozostawały w tyle za technologią) byłem mniej więcej w 1/4 tekstu z przeciwka usłyszałem: "No, zrobiłam. Macie coś jeszcze?". O kurcze, chyba nie mam szans - pomyślałem. Na szczęście w owych czasach drapieżnej prywatyzacji (czyli wykupu polskich firm za bezcen przez zagraniczne koncerny) zapotrzebowanie na tłumaczy było tak duże, że pracę dostaliśmy oboje. A może.... właścicielka kierowana doświadczeniem wiedziała że przyda jej się tłumacz do wklepywania i drugi tłumacz do tłumaczenia?
Po tym, być może przydługim wstępie przejdę do meritum. Jeśli tłumaczenie jest ważne, np. jest to wizytówka firmy - strona internetowa to "wklepanie" tekstu po angielsku jest przede wszystkim nieetyczne i naraża naszego klienta - chlebodawcę również na straty z tytułu utraconych przychodów. Nieodłącznym elementem tłumaczenia wnikliwego jest CZAS. Nawet tłumacz o stosunkowo słabym doświadczeniu, korzystając z internetu i dobrych słowników jeśli poświęci wystarczająco dużo czasu to przetłumaczy tekst lepiej od rutyniarza, który wklepie tekst po angielsku.
Wskazówka praktyczna: Spytajmy tłumacza 1. Kiedy może zabrać się za tłumaczenie i 2. Ile czasu mu to zajmie bo sprawa jest bardzo pilna. Generalnie im dłuższy czas (2.!) tym jakość tłumaczenia będzie potencjalnie lepsza. Możemy również spytać o doświadczenie w danej dziedzinie specjalistycznej, choć zaręczam że jeśli otrzymałby pytanie czy mam doświadczenie w tłumaczeniu dokumentacji technicznej lokomotywy lub dojarki musiałbym chyba skłamać. Chodzi o to, że tłumaczenia techniczne to ogromny wszechświat i szansa na to że trafiliśmy na tłumacza, który ma doświadczenie w tłumaczeni dokumentacji dojarek lub lokomotyw jest praktycznie zerowa.
To be continued...
wtorek, 26 października 2010
Sub-ballast (lub blanket) czyli warstwa ochronna
Porządkując terminologię kolejową często napotykam różnice w systemie klasyfikacyjnym stosowanym w Polsce i w krajach anglojęzycznych. Jeden z bieżących problemów dotyczy warstwy ochronnej układanej między podsypką a podtorzem.
Jako warstwa będąca "pomiędzy" nie może być zaliczona ani do nawierzchni kolejowej ani do podtorza. Z drugiej strony rozpatrywanie konstrukcji drogi kolejowej jako trójwarstwowej, tj. złożonej z nawierzchni (torowiska), warstwy ochronnej i podsypki nie jest chyba zbyt szczęśliwe. Będę wdzięczny za komentarze osób mających na co dzień do czynienia z tematyką kolejową. W szczególności chodzi o to, czy warstwę ochronną zaliczymy do podtorza czy też do torowiska (nawierzchni).
Jako warstwa będąca "pomiędzy" nie może być zaliczona ani do nawierzchni kolejowej ani do podtorza. Z drugiej strony rozpatrywanie konstrukcji drogi kolejowej jako trójwarstwowej, tj. złożonej z nawierzchni (torowiska), warstwy ochronnej i podsypki nie jest chyba zbyt szczęśliwe. Będę wdzięczny za komentarze osób mających na co dzień do czynienia z tematyką kolejową. W szczególności chodzi o to, czy warstwę ochronną zaliczymy do podtorza czy też do torowiska (nawierzchni).
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)